HELLOWEEN 40 Years Anniversary Tour + Beast in Black
28 października 2025 / Katowice / Spodek – relacja
Koncert jednego z moich ulubionych heavymetalowych zespołów na kilka dni przed moim ulubionym okresem w roku? Jadę w ciemno(ść)! Świętują czterdziestolecie kariery (choć tak naprawdę są z nami odrobinkę dłużej), znów przyjeżdżają do Polski, ponownie wystąpią w legendarnym Spodku, jestem ich fanem od premiery „Keeper of the Seven Keys Part 1”, czyli od 38 lat… Nad czym się tu zastanawiać? Tym bardziej, że od kilku lat znów w składzie zespołu są Michael Kiske i Kai Hansen, a dwie ostatnie studyjne płyty to materiał charakteryzujący się wysoką jakością! Pojechałem, obejrzałem i wysłuchałem z wielką przyjemnością!
Ale zanim na scenie Spodka pojawiła się gwiazda wieczoru, licznie zebrana publiczność (choć nie było sold outu) była świadkiem godzinnego występu fińskiej formacji Beast in Black. Zespół znany mi wcześniej tylko z nazwy i w sumie mogłoby tak pozostać już na zawsze. Delikatnie mówiąc – grupa nie przypadła mi do gustu. Zauważyłem, że nie byłem w tym osamotniony, choć spora część publiczności bawiła się raczej dobrze. Heavy metal w wydaniu Beast in Black jest dobry, ale tylko wtedy, gdy jest heavy. Dodawanie do całości zbyt dużej ilości słodyczy i sięganie po dyskotekowe rytmy i styl pop charakterystyczny dla lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia na pewno tej muzyce nie robi dobrze. Jestem otwarty na różne muzyczne dziwactwa, eksperymenty, ale propozycja Finów kompletnie do mnie nie trafiła. Jak to mówią? Nie o taki dance metal walczyłem lub nic nie robiłem… Niemcy z Helloween świętowali na tej trasie czterdziestolecie istnienia, wokalista Beast in Black wspomniał o dziesięcioleciu swojego zespołu. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że w składzie formacji pojawił się Daniel Freyberg, gitarzysta znany z Children of Bodom i Crownshift. Cztery dni – tyle czasu Daniel poświęcił na nauczenie się całego materiału, z którym do Katowic przyjechała fińska grupa. Cztery dni? Ja po godzinie miałem dość. Beast in Black wystąpią w Gliwicach. W przyszłym roku.
Czas na główne danie wieczoru. To był mój piąty raz z Helloween, a trzeci w obecnym składzie. I nawet jeśli Michael Weikath skopał jakąś solówkę, Kiske przy „Eagle Fly Free” i „Twilight of the Gods” częściej oddawał partie wokalne do śpiewania publiczności, a perkusyjne solo nie odznaczało się niczym szczególnym, to nie mam zamiaru na nic narzekać, bo był to dla mnie koncert bardzo dobrze brzmiący (mam swoje ulubione miejsce w Spodku i ZAWSZE się sprawdza!), rewelacyjnie prezentujący się pod względem wizualnym (duże telebimy, cała oprawa multimedialna, animacje, światła, do tego scena z wybiegiem) i myślę, że również zadowalający fanów pod względem repertuaru (cztery utwory z nowego albumu – jakże się ucieszyłem, że zagrali „Universe (Gravity for Hearts)” – plus kilkanaście piosenek z chwalebnej przeszłości). Wspaniała interakcja z publicznością, poczucie humoru, zawodowa współpraca między muzykami na scenie, świetne budowanie nastroju, wzajemny szacunek. I ta wspomniana oprawa wizualna – muszę powiedzieć, że momentami nie wiedziałem, na czym mam skupić wzrok. Patrzeć na całą scenę? Na telebimy? Na główny ekran z wizualizacjami do poszczególnych piosenek? Takiego Helloween jeszcze nie widziałem, choć w poprzednich latach też było na bogato. Niemcy już jakiś czas temu dołączyli do grona wykonawców, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że koncert to nie tylko dźwięk. To również obraz, to przedstawienie – szczególnie wtedy, gdy gra się w dużych halach. Przyznaję, że mam słabość do tego zespołu. Cóż, ponoć większość z nas można zaliczyć do grona sentymentalnych osłów. To jedna z pierwszych grup, których muzykę nagrywałem na kasetę z audycji „Muzyka Młodych”, później był jeszcze „Wieczór płytowy” z nowymi płytami Anthrax, Metalliki i drugą częścią „Keeper…” Helloween. Naszywki, ręcznie malowane koszulki, plakaty zdobiące ściany pokoju – te wspomnienia towarzyszyły mi przez 2,5 godziny katowickiego koncertu. Muzyczny wehikuł czasu. Uśmiech pojawił się na mojej gębie już w chwili, gdy na samym początku z taśmy poleciało „Let Me Entertain You” Robbi’ego Williamsa (lubię typa, więc uznałem to za dobry wybór), a później zgasły światła i po kilku chwilach usłyszeliśmy „March of Time” – to zdecydowanie jeden z moich faworytów, jeśli mowa o twórczości niemieckiej legendy, więc poczułem się zaopiekowany od pierwszych chwil koncertu. Początek klasyczny, koniec również, bo ostatnie dźwięki w setliście należały do „Dr. Stein” i fragmentu „Keeper of the Seven Keys”. Ucieszyła mnie obecność „Hey Lord!”, „We Burn” i „Hell Was Made in Heaven” – ja z tych, którzy doceniają erę Derisa za mikrofonem. Cudownie zabrzmiało „Into the Sun” z ostatniego albumu, jak oni tu zaśpiewali!!! Klimatycznie się zrobiło, gdy grupa zdecydowała się na akustyczny mini set (na scenie zostali tylko Kiske i Deris), na który złożyły się „Pink Bubbles Go Ape”, „In the Middle of a Heartbeat” i „A Tale That Wasn’t Right”. Ten ostatni był akustyczny tylko w pierwszej części, później zagrał już cały band. W składzie Helloween od kilku lat jest trzech wokalistów, więc do powiedzenia i zaśpiewania miał też coś Kai Hansen. „Ride the Sky” i „Heavy Metal (Is the Law) były ukłonem w stronę tych, którzy pamiętają czasy dużego debiutu zespołu. Wokaliści utrzymywali znakomity kontakt z publicznością, zapowiadali poszczególne utwory, wspominali przeszłość, przekomarzali się. Czasem oddawali głos słynnej zakapturzonej postaci, która z ekranu poprowadziła nas do kompozycji „The King For a 1000 Years”, „Ride the Sky” i „Halloween”. Michael Weikath, Markus Grosskopf, Kai Hansen, Michael Kiske, Andi Deris, Sascha Gerstner i Daniel Loble – Panowie, znów to zrobiliście! Taki heavy metal mogę zabrać ze sobą na koniec świata.
Czterdzieści lat Helloween minęło. To był świetny koncert, fantastyczne, piękne widowisko. Poczułem się jak dziecko w sklepie ze słodyczami Bałajan w sklepie z płytami, w którym za ladą stoi Monica Bellucci. Nie są mi do szczęścia potrzebne żadne imprezy sylwestrowe i cotygodniowe wizyty w pubach. Wolę świętować w inny sposób. I kompletnie nie przeszkadza mi fakt, że robię to w towarzystwie kilku tysięcy osób, z których znam zaledwie trzy lub cztery.
Czego chcieć więcej? Cztery dekady na scenie to kawał czasu. Jeśli ich nie widzieliście na żywo do tej pory, a czujecie sympatię do zespołu, to należy nadrobić tę zaległość. Życie szybko ucieka, a nasi ulubieńcy nie młodnieją. My też nie. Gdyby w 1987 roku ktoś mi powiedział, że 38 lat później pojadę na koncert tego zespołu, to… Na pierwszym koncercie Helloween w Spodku nie byłem. Widziałem dwa kolejne. Mam nadzieję, że tegoroczny nie był ostatnim.
Organizator wydarzenia: Knock Out Productions
Tekst: Piotr Bałajan
Zdjęcia: Marcin Fiń

















