Minęły wakacje, za nami czas koncertów plenerowych, zbliża się jesień, wszystko zgnije, będzie pięknie! Ale zanim cały świt zbutwieje, oddamy w Wasze ręce zaległą relację z wydarzenia, w ramach którego na jednej scenie Ameryka spotkała się z Francją. Na wspomnianym spotkaniu pojawił się również wątek polski. Ale po kolei.

Gitarzysta Slayer ze swoimi nowymi kompanami znów zagrał zabójczy koncert. I znów muszę napisać, że lepsze sześćdziesiąt minut z Kingiem niż dwie godziny z wieloma innymi grupami. Bez specjalnych upiększeń, bardzo agresywnie, bezpośrednio, żywiołowo, z duchem klasycznego thrash metalu i ogniem obecnym w sercu i na scenie. Tak grali i tak się prezentowali. Bez zbędnego pierdololo, silenia się i pozowania na nie wiadomo co i kogo, grupa amerykańskich muzyków serwowała utwory z albumu „From Hell I Rise”, sięgała również po mniej lub bardziej klasyczne kompozycje z repertuaru Slayer. Mark Osegueda już rok temu udowodnił fanom, że doskonale pasuje do dźwięków serwowanych przez Kerry’ego i jego ekipę, w tym roku tylko utwierdził nas w przekonaniu, że jest wokalnym potworem, który na żywo sieje prawdziwe zniszczenie. Facet ma już na karku 56 lat, a odnosi się wrażenie, że wiek nie jest dla niego żadną przeszkodą. Jak to mówią? Wiek to tylko liczba? Na ubiegłorocznym Mystic Festival koncert tej ekipy zmiótł mnie z powierzchni ziemi, w tym roku może nie zanotowałem aż takiego zaskoczenia, ale i tak było bardzo dobrze. Czy może być inaczej, gdy z głośników wylewają się na nas takie numery? „Black Magic”, „Where I Reign”, „Raining Blood”, „Toxic”… Do tego oprawa wizualna, ogień, krzyże… Mamy do czynienia z zawodowcami, ale pasja i radość grania nadal w tym wszystkim jest bardzo ważna. Fani byli wpiekłowzięci! Choć krakowska hala nie była wypełniona do ostatniego miejsca, niżej podpisanemu to w sumie pasowało, bo będąc na płycie spokojnie mogłem sobie znaleźć komfortową przestrzeń do obserwowania tego, co działo się na scenie…

A na scenie działo się naprawdę dużo. Przede wszystkim na koncercie głównej gwiazdy wieczoru – GOJIRA. Pamiętam, że jakiś czas temu śmiałem się z kumplem, że Francuzi raczej nie pochodzą z tego świata. Po tym koncercie już się nie śmieję. Oni naprawdę nie pochodzą z tego świata! Absolutnie genialny, fenomenalny i niezwykle spójny występ. Gojirę widziałem w akcji trzeci raz i był to raz zdecydowanie najlepszy. Gdy kilka lat temu wychodziłem po ich koncercie z krakowskiego Klubu Kwadrat, powiedziałem głośno, że to jest zespół, który powinien grać na dużych scenach, z dużą produkcją, ich miejsce jest w halach i na stadionach. I tak się stało. Gojira to grupa kompletna, spójna w swoim działaniu, dbająca o wszystkie aspekty muzycznej kariery. Panowie zagrali wybitny koncert. Brzmienie, wykonanie, wizualizacje, kontakt z publicznością – wszystko na najwyższym poziomie. Obecnie jest to jedna z NAJLEPSZYCH grup na współczesnej scenie muzyki metalowej, czarująca nas nie tylko techniką, ale przede wszystkim emocjami! Jak tu się wszystko pięknie zgadzało. Łącznie z konferansjerką Joe Duplantiera. Są tacy wokaliści, którzy nie powinni się odzywać między utworami, bo jedyne, co im wychodzi dobrze, to tylko „ołjeeeeeeaaaaaaaaaa?”. Duplantier natomiast, jak się już odezwał, to udowodnił, że można powiedzieć coś mądrego, potrzebnego, trafiającego do serc słuchaczy. Wspominałem na początku, że na koncercie pojawił się na scenie akcent polski i tym akcentem była obecność Wacka z Decapitated, który zagrał w utworze „From the Sky”. Uwielbiam takie momenty. Pamiętam, jak bardzo cieszyłem się, gdy Nergal zaśpiewał ze Slayer „Evil Has No Boundaries”, tu poczułem się podobnie. Warto wspomnieć, że Francuzi z Gojira mają fenomenalny kontakt z publicznością. Mario, perkusista zespołu, w pewnym momencie zaczął komunikować się z fanami pokazując banery z polskimi napisami: „chcecie więcej podwójnej stopy???”, „wytrzymacie pięć minut non stop?” „zróbcie hałas dla Vogg z Decapitated”, „a może tak specjalny gość na gitarze”. Dzięki takim zabiegom można sobie jeszcze bardziej zjednać i tak już jedzącą z ręki zespołu publiczność. W programie koncertu znalazło się miejsce na „olimpijską” piosenkę „Mea culpa (Ah! Çaira)”, był też hołd dla Ozzy’ego w postaci utworu „Under The Sun” Black Sabbath, nie zabrakło na szczęście moich ulubionych „L’enfant sauvage” i „The Gift of Guilt”. Były znów dmuchane wieloryby przy „Flying Whales”, a przebojowość „Stranded” i „Silvera”  nie pozostawiły nikogo obojętnym. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów ostatnich miesięcy, pięknie brzmiący, dopracowany pod każdym względem, z fantastyczną oprawą graficzną. Czekam na nową płytę!

 

Ukłony i podziękowania dla Mystic Coalition.

 

 

Tekst: Piotr Bałajan

Zdjęcia: Justyna Kamińska