05-08.06.2024 – Mystic Festival – Gdańsk – relacja

Mystic Festival 2025 ogłosił już większość gwiazd tegorocznej edycji imprezy (wśród nich m.in.: Suicidal Tendencies, King Diamond, Beherit, Nile, Jerry Cantrell, Pentagram, W.A.S.P., Cradle of Filth, In Flames, Sepultura, Opeth, Jinjer, Death Angel, Blood Fire Death – A tribute to Quorthon and the Music of Bathory…), a my – zanim za kilka miesięcy wybierzemy się do Gdańska – wspominamy ubiegłoroczną edycję imprezy.

Całość znów odbyła się w Gdańsku na terenie Stoczni. Tak swoją drogą, jeśli zastanawiacie się, ile razy jeszcze trzeba będzie pojechać do stolicy województwa pomorskiego, by uczestniczyć w tej imprezie, to odpowiadamy, że MF 2025 nie będzie ostatnią edycją, która odbędzie się w tym miejscu… Mystic Festival 2024 to cztery dni muzycznego szaleństwa, pięć scen, na których wystąpiło ponad dziewięćdziesiąt zespołów. Ale ta impreza to przecież nie tylko koncerty, bo w jej programie znalazło się miejsce również na wystawy, spotkania z zespołami, panele dyskusyjne, pokazy filmów VHS Hell. Organizatorzy zadbali również o stoiska gastronomiczne, sklepy z płytami, koszulkami, bluzami i innymi atrakcjami. Są to oczywiste oczywistości, ale gdyby komuś do głowy wpadł pomysł, by zapytać: „Ludzie, to jak wy sobie tam radzicie przez te cztery dni?”, śpieszymy z odpowiedzią: „Radzimy sobie doskonale!”.
Przyznać muszę, że jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałem, że kilkudniowy festiwal muzyczny będzie dla mnie ważną i ciekawą imprezą. Zawsze uważałem, że najlepsze są takie koncerty, gdzie na scenie występuje support i główna gwiazda, a później człowiek wraca spokojnie do domu. Sto zespołów, cztery dni, pięć scen? Impreza na drugim końcu kraju? Jednak dwa lata temu postanowiłem, że wybiorę się do Gdańska, w ubiegłym roku pojechałem znów (oczywiście, że nie sam, tylko w zajebistym towarzystwie!), w roku obecnym ponownie chcemy tam pojechać! Dziś mogę to powiedzieć: Mystic Festival jest moją ulubioną imprezą muzyczną! Pięknie zorganizowaną, ze świetnymi zespołami w składzie, z masą znajomych, na których wpada się przypadkiem, ale doskonale wiemy, że na nich wpadniemy, bo oni na pewno tam będą! To wymarzone miejsce dla tych, którzy doskonale odnajdują się między klasyką i nowościami, dla których eksperymenty i ortodoksyjne dźwięki nie są nie do przyjęcia, to wspaniały festiwal dla szukających jakościowej muzyki spoza głównego nurtu, odnajdujących się w niszowym metalu, ale również i dla tych, którzy są fanami dużych i popularnych nazw. Organizatorzy stawiają na równowagę. Widać to po doborze artystów. Nie odpowiada Ci Bring Me The Horizon? Idź w tym czasie na Blasphemy. Mystic Festival 2024 dla mnie? Trzy najlepsze koncerty ubiegłorocznej edycji? Kerry King, Bruce Dickinson, Life of Agony. Tak, ja z tych, którym bliżej do tego, co dzieje się na powierzchni niż w piekielnych czeluściach piwnicznego undergroundu. Było wspaniale. I ta atmosfera! Jak skwitował to przyjaciel w drodze powrotnej: „Nie jesteśmy normalni, ale dzięki temu, że nie jesteśmy normalni, to pozwala nam to zachować normalność!”. To w wielkim skrócie.
A w skrócie trochę mniejszym, czyli bardziej szczegółowo? Pierwszy dzień festiwalu (Warm-Up Day) przywitał nas deszczową pogodą i awarią sieci energetycznej w całej dzielnicy. Ale gdy już wszystko wróciło na swoje miejsce, to i my zaczęliśmy się cieszyć poszczególnymi koncertami. Pierwszy zespół, na który zwróciłem uwagę tego dnia to Fear Factory. Wcześniej nie miałem okazji widzieć ich w akcji, ponoć nie mam czego żałować, bo poprzedni wokalista – Burton C.Bell – kompletnie nie radził sobie z czystymi partiami wokalnymi… Może i Milo Silvestro, nowy wokalista Fabryki Strachu, nie jest metalowym Pavarottim, ale wstydu w Gdańsku grupie nie przyniósł. Godzinny występ amerykańskiej grupy mógł podobać się licznie zebranej przed Park Stage publiczności. Na wspomnianej scenie tego dnia obejrzałem również koncerty Body Count i Kreator. Amerykanie sprawili, że na kilka ostatnich utworów wybrałem się możliwie jak najbliżej sceny, by udowodnić sobie samemu, że 48 lat to jeszcze nie czas na to, by wieść spokojne i wyciszone życie staruszka. Spróbujcie sami ustać spokojnie, gdy Ice-T z ekipą zapodają ze sceny „Cop Killer”, „Psychopath” lub „No Lives Matter”. Padający w tym czasie deszcz? Żaden problem. Gdy rozpoczyna się koncert od jednej z najsłynniejszych kompozycji zespołu Slayer, to całość musi być udana! A jak zagrała niemiecka legenda thrash metalu, czyli formacja Kreator? Efekty, scenografia, setlista, na którą złożyły się w dużej mierze utwory z płyt wydanych w latach 2001 – 2022. Dla części publiczności był to przesłodzony występ, szczególnie narzekać mogą zwolennicy klasycznego Kreatora, ale z drugiej strony nie można grupie odmówić pełnego profesjonalizmu, zaangażowania i zagrania bardzo dobrze brzmiącej sztuki. Tego dnia rewelacyjnie – też w strugach deszczu – na Desert Stage zagrała formacja Suffocation (zatrzymałem się tylko na chwilę), ale w tym czasie wylądowałem na Shrine Stage, bo tam thrash metal serwował zespół Vio-lence. Chciałem sobie przypomnieć ten czas, gdy z audycji radiowej nagrywałem na kasetę materiał „Oppressing the Masses”. I sobie przypomniałem, bo w ostatnich minutach koncertu na scenie pojawił się Robb Flynn, by wspólnie wykonać „World in a World” z wydanej w 1990 roku płyty. Muzyczna przygoda Warm-Up Day zakończyła się dla mnie występem zespołu Villagers of Ioannina City. Grecy zagrali zgodnie z życzeniem jednego z fanów, który dzielnie dokazywał przy barierkach, krzycząc: „Niech pan ładnie gra!”. Pan i koledzy pana zagrali bardzo ładnie.
Nie ukrywam, że przez większą część festiwalu skupiałem się na tym, co działo się na dwóch scenach. Mowa o Park Stage i Main Stage. Nie oznacza to, że całkowicie odpuściłem koncerty na pozostałych scenach, bo z chęcią obejrzałem i wysłuchałem: Blasphemy – to nic, że ostatnia studyjna płyta Kanadyjczyków ukazała się w 1993 roku. Skąpany w czerwonym świetle, porażający jednostajnym hałasem, charakteryzujący się bezkompromisowym podejściem zespół pozostawił mnie ogłuszonego i zadowolonego z tego, że wolałem zejść przynajmniej na chwilę do metalowego podziemia. Asphyx – tak powinien brzmieć europejski death metal! Dool – zamiast na koncercie, pojawiłem się na ich próbie. Jeśli przed publicznością zabrzmieli tak, jak przed akustykiem, obsługą baru, ochroną i moją skromną osobą, to z pewnością słuchacze byli zachwyceni. Vltimas – wpadłem na kilka utworów, by znów przekonać się, że David Vincent nadal jest jednym z najlepszych gardeł w death metalu, nawet jeśli jego wokalna maniera stała się ostatnio dla części słuchaczy trochę irytująca.
Wspomniałem, że moimi ubiegłorocznymi faworytami byli Bruce Dickinson, Kerry King i Life of Agony. Wokalista Iron Maiden przyjechał do Polski w ramach promocji nowej płyty. „The Mandrake Project” należy do moich ulubionych krążków 2024 roku. Choć kilka dni przed koncertem w naszym kraju pojawiły się informacje, że Dickinson ma problemy ze zdrowiem, to na szczęście w porę kryzys został zażegnany i siedemdziesięciopięciominutowy koncert był spełnieniem marzeń fanów jednego z najważniejszych wokalistów w heavy metalu. Bruce i jego fantastyczny zespół to po prostu najprawdziwszy entuzjazm i wielka radość grania. Od „Accident of Birth” do „Road to Hell” uśmiech nie schodził z mojej gęby. Refreny „The Tower”, „Chemical Wedding” i „Tears of the Dragon” uniosły mnie pod samo niebo. Nową płytę reprezentowały trzy kompozycje, do tego wizualizacje, fantastyczna basistka Tanya O Callaghan – całość złożyła się na fenomenalny koncert! Bruce wystąpił na Main Stage. Tak samo było w przypadku Life of Agony i gitarzysty Slayera, który w Polsce pojawił się z nowym zespołem i płytą. Kerry King (w sierpniu zagra w Krakowie!) królował na głównej scenie przez zaledwie godzinę, ale lepsza godzina z Kingiem niż 85 minut z Enter Shikari (nie sprawdzałem) lub 90 minut z Bring Me The Horizon (sprawdzałem tylko przez cztery utwory, ale tym to trzeba przyznać, że mieli fantastyczną produkcję!). „From Hell I Rise” to płyta nagrana w doskonałym składzie, który na żywo sieje potworne zniszczenie. Olbrzymie brawa dla Marka Oseguedy – wokalny potwór! Jeśli miałem ochotę na machanie łbem, darcie mordy i robienie groźnych min, to właśnie przy utworach, które znalazły się w setliście tego występu. Oprócz piosenek ze wspomnianego albumu muzycy zaprezentowali trzy kompozycje pochodzące z repertuaru Slayer – „Black Magic”, „Raining Blood”, „Disciple”. Świetne brzmienie, agresja, bezpośrednie uderzenie, bez oszczędzania się, wysoki poziom wykonawczy. Nic mi więcej nie potrzeba! Nie oszczędzali się również muzycy Life of Agony, którzy czterdziestopięciominutowym koncertem skradli moje serce, ale nie mogło być inaczej, bo przecież te wszystkie numery z debiutu cały czas na mnie działają tak, jak działały trzydzieści lat temu. „This Time”, „Through and Through”, „River Runs Red””, „Underground” – grali i brzmieli, jakby miało nie być jutra!
Wspominałem o tym, że Festiwal to nie tylko koncerty. Przyznaję, że z ciekawej oferty wybrałem wystawę zinów. Obejrzałem ją z przyjemnością, choć o sobie samym nie mogę powiedzieć, że w przeszłości byłem aktywnym twórcą tej formy działalności wspierania i rozwoju sceny (mam na myśli pisanie do podziemnej prasy; czytelnikiem, owszem, byłem!). Ze wspomnianej wystawy utkwił w mej pamięci zabawny moment. Gdy oglądałem okładki legendarnych zinów, czytałem fragmenty zeskanowanych wywiadów, artykułów, podziwiałem maszynę do pisania, z głośników wydobywał się podkład muzyczny. Wśród utworów usłyszeliśmy „Bad Medicine” zespołu Bon Jovi, co wywołało głośny śmiech. Lubię tę piosenkę, mogę powiedzieć, że nawet jestem fanem starych płyt amerykańskiej formacji, ale w tych okolicznościach przyrody nie spodziewałbym się, że usłyszę Jona i jego kolegów.
Do zabawnych momentów festiwalu należy też dodać występ zespołu Gutalax, choć średnio sobie wyobrażam, że mam ich dyskografię na półce, to sam koncert wspominam bardzo dobrze, bo przecież do mrocznego świata metalu warto czasem wpuścić trochę światła i humoru. Przepychacze do toalet, rolki papieru toaletowego, kombinezony, maksymalnie przegięty wokal, ale radość zstąpiła na fanów i chęć wielka do zabawy. Uśmiech miałem też na gębie, gdy na Parkowej Scenie grała formacja Dark Funeral, ale uśmiech wspomniany obecny był raczej z tego powodu, że takiego black metalu muzycznie i wizerunkowo nie byłem w stanie potraktować serio. Cóż, może na pewne formacje jestem już zwyczajnie za stary… Z dobrego koncertu Kadavar pamiętam starszego siwego pana, który rytmicznie kołysał się do dźwięków serwowanych przez zespół, w rękach trzymał płytę winylową, a ja rzuciłem do kolegi tekst: „Patrz, czyż to nie wspaniały widok?”, na co kumpel odpowiedział: „Tak właśnie wyobrażam sobie swoją starość!”. Na długo w pamięci zostanie mi występ Blood Command z wulgarną i wyzywającą dziewczyną za mikrofonem – świetny band i niesamowicie żywiołowy koncert! Gdy kilka godzin później stwierdziłem, że to dla mnie muzyczne odkrycie, ktoś tam odpowiedział: „Pewnie jesteś typowym metalowcem, który mało w życiu poznał rock and rolla!”. Śmieszą mnie takie komentarze. Zupełnie tak, jakby jakimś obowiązkiem było posiadanie wszystkich płyt tego świata i znanie wszystkich zespołów. Broń Boże, przyznać się do tego, że się czegoś nie zna. Cóż…
Z zespołów, które znam bardzo dobrze: Megadeth zagrał na wysokim poziomie, zabrzmiał też dobrze. Wokalnie? Można powiedzieć, że bez większych zarzutów, choć odnoszę wrażenie, że wcześniejszy koncert ekipy Mustaine’a w Polsce pod tym względem był trochę lepszy. Ale w roli jednego z headlinerów festiwalu Dave i koledzy sprawdzają się znakomicie. Machine Head również wywiązali się ze swojej roli. Spektakularny, przekrojowy występ! Brzmieniowo super, wizualnie również, z olbrzymim zaangażowaniem. Może i nie jestem dozgonnym wielbicielem, ale przy „Halo” i „Davidian” poczułem coś w sercu i duszy. Żeby tylko jeszcze Robb Flynn zmienił swoje gadki między utworami, bo te wszystkie odmiany słowa fuck w pewnym momencie robią się najzwyczajniej w świecie żenujące. Rozczarował mnie (i nie tylko mnie) koncert Paradise Lost – do dziś nie wiem, co tam się wydarzyło. Czy panowie byli w kiepskiej formie (wątpię), czy może kompletnie nie słyszeli się na scenie (bardziej stawiam właśnie na problemy techniczne)? Nie mam pojęcia, ale to nie było to, na co czekałem. A mogło być pięknie, bo setlistę występu w specjalnym głosowaniu ułożyli fani. Był to jeden z nielicznych koncertów ubiegłorocznej edycji, a może jedyny, który rozpoczął się z opóźnieniem. Ale należy odnotować to, że usłyszeliśmy tego dnia m.in.: „So Much Is Lost”, „Mouth”, „Say Just Words”, „One Second”, „Embers Fire”, a nawet cover utworu „Smalltown Boy” grupy Bronski Beat. Kolega uciekł po kilku utworach, ja dzielnie zostałem do końca. Nie żałuję, bo druga połowa koncertu była lepsza… Jak należy grać thrash metal pokazała wszystkim grupa Sodom. Choć nie obejrzałem ich występu do końca, bo w pewnym momencie pobiegłem na główną scenę, by zająć dobre miejsce na występ wokalisty Iron Maiden (znacie staropolskie powiedzenie, że festiwale to sztuka wyborów?) , ale „Christ Passion”, „The Saw Is The Law”, „Blasphemer”, „Nuclear Winter”, „Agent Orange” i „Outbreak of Evil” jeszcze długo grały w moich uszach i dały mi to, czego nie dał mi koncert Kreatora. Sodom to staroszkolny metal pełną gębą, który nie potrzebuje do pokreślenia swojej mocy żadnych sztuczek, dekoracji, efektów. Niemiecki thrash w wydaniu ekipy Toma Angelrippera ma się bardzo dobrze, to samo można powiedzieć o niemieckim heavy metalu. Reprezentantami wspomnianego stylu była grupa Accept. Muzycy zagrali fantastyczny koncert, w trakcie którego chyba nie tylko ja pomyślałem o tym, że zasługują na miejsce na głównej scenie. Swoim występem na pewno nie rozczarował Satyricon (dla sporej grupy fanów jeden z najlepszych koncertów festiwalu), do udanych należy też zaliczyć występ Biohazard. Są i tacy, którzy twierdzą, że najlepszy koncert festiwalu zagrała Furia, ale moim zdaniem to opinia za bardzo odważna i chyba nie do końca odzwierciedlająca rzeczywistość. Ale z opiniami jest różnie, niech każdy ma swoją.
Deszcz przywitał nas w Gdańsku pierwszego dnia, pożegnała nas też ulewa w ostatnią noc imprezy. Gdy wychodziłem z warmetalowego rytuału Blasphemy, w strugach ulewnego deszczu zaczynała swój występ Chelsea Wolfe. Jak wieść niesie, zagrała wtedy dobrze przyjętą sztukę, choć ja byłem świadkiem wykonania tylko dwóch utworów. Lubię deszcz, ale w pewnym momencie poczułem, że mam po prostu dość. Wspominałem wyżej o festiwalowej sztuce wyborów, dodać do tego też należy wędrówki od jednej sceny do drugiej, od drugiej do trzeciej, itp., itd. Fakt, znów nie obejrzałem sporej części koncertów, nie byłem świadkiem każdego wydarzenia towarzyszącego festiwalowi, nie zrobiłem sobie tatuażu, nie wróciłem z kolczykiem w jakiejkolwiek części ciała. Wszystkiego nie da się ogarnąć, ale dziś, pisząc te słowa, wiem, że nie mogę się już doczekać kolejnej edycji Mystic Festival.
Do zobaczenia w Gdańsku!
MYSTIC FESTIVAL 2025
4 – 7 czerwca 2025 r.

 

Tekst: Pjoter „Guciushka” Bałajan

Foto: Marcin Fiń