MYSTIC FESTIVAL
4-7 czerwca 2025 / Gdańsk / Stocznia – relacja
Tegoroczna edycja Mystic Festival już za nami, ale przyznać muszę, że w myślach często będę do niej powracać. Muzycznie i towarzysko? Było wspaniale! To fantastyczne cztery dni, które pozwoliły nam odpocząć od otaczającej nas codzienności i wszystkich jej minusów. Nawet jeśli były to dni deszczowe (na szczęście nie przez cały czas) i wieczorami chłodne. A trzeba przyznać, że w tym roku codzienne prognozy pogody były sprawdzane równie często, jak plan występów zespołów w poszczególne dni. Cóż, bóg deszczu (jeden z nich Tlaloc ma na imię) sprawił, że płaszcze i peleryny przeciwdeszczowe stały się dla wielu nieodłączną częścią ich koncertowej garderoby. W Gdańsku spotkałem niezliczoną ilość bliższych i dalszych kolegów i koleżanek. Z częścią z nich zamieniłem tylko kilka słów, byli i tacy, z którymi wymieniliśmy się tylko powitaniem, uściskiem, z jednym „porozmawiałem” dzięki Short Message Service, ale cały czas czułem, że jestem wśród przyjaciół, rodziny i dobrych znajomych. Kłaniam się Wam i gorąco pozdrawiam.

Mystic Festival to nie tylko koncerty (o tych za chwilę). Organizatorzy znów przygotowali kilka atrakcji towarzyszących głównej imprezie. Jeśli ktoś miał ochotę, to obejrzał wystawę poświęconą zespołowi Vader. Warto dodać, że to właśnie utwór ekipy Petera, założyciela i lidera grupy, był oficjalnym hymnem tegorocznej edycji imprezy. Mowa o „Unbending”, kompozycji, która znalazła się na najnowszym mini-albumie „Humanihility”. Nowa strefa na festiwalu to Game Over, You Died, czyli coś dla fanów gier komputerowych. Całość mieściła się w piwnicy (w poprzednich latach odbywały się tam wystawy) – komputery, konsole, telewizory kineskopowe i oldskulowe gry. Chętni mogli nie tylko obejrzeć, ale też zagrać. W tym roku nie zabrakło również propozycji od VHS HELL – w programie znalazły się m.in. filmy „Zemsta embriona”, „Kripozoidzi” i „Hard Rock Zombies”. Przyznaję, że nie miałem za dużo czasu na kino (ci, którzy mnie znają z pewnością myślą, że to bujda), ale tytuły zapisuję i mam nadzieję na to, że wkrótce je obejrzę. Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze Mystic Talks, Signing Sessions, plus coś dla tych, którzy są fanami wrestlingu… I oczywista oczywistość: masa miejsc z festiwalowym i zespołowym merchem, a dla głodnych i spragnionych przygotowano bogatą ofertę w barach i foodtruckach. Całość zorganizowana i przygotowana z profesjonalnym podejściem do tematu.
Co tam niektórzy mówili na kilka tygodni przed festiwalem? „Organizatorzy, kiedy ogłosicie headlinerów?”, „Co tak słabo, to chyba najsłabsza edycja!!!”, „Tu jest tylko kilka dobrych nazw, ten festiwal na pewno nikogo nie zainteresuje!”, „Kiedy jakiś normalny headliner???”… Takich głosów było sporo, ale Organizatorzy tego w żaden sposób nie komentowali. I mieli rację, bo sądząc po ilości fanów, można stwierdzić, że tegoroczna edycja to sukces frekwencyjny, całość cieszyła się olbrzymim zainteresowaniem i jednocześnie można zastanowić się, czy nie warto przypadkiem pomyśleć nad większą przestrzenią, bo np. o dużym ścisku i kiepskiej wentylacji na Sabbath Stage i Shrine Stage do dziś wspomina spora ilość osób, co można uznać za jeden z naprawdę niewielu minusów całej imprezy. A teraz trochę o samych koncertach, które na dłużej pozostaną w mojej pamięci, czyli to, co mnie najbardziej zachwyciło od strony muzycznej.
KING DIAMOND. Uwielbiam od lat i ten stan rzeczy utrzymuje się cały czas. Główna gwiazda piątkowej nocy (a może nawet i całego wydarzenia) postawiła na świetny muzyczny spektakl i słowo spektakl nie jest tu przypadkowe. Wystrój sceny, rekwizyty, wcielanie się w role części bohaterów tekstów (nie tylko w wykonaniu lidera zespołu) – tak, większość z tego jest nam znana od dawna, ale za każdym razem sprawia fanom wielką radość. Znacie to uczucie, gdy na koncertach Iron Maiden na scenie pojawia się maskotka Eddie i wysyła wszystkich fanów pod samo niebo? W przypadku występu Kinga to samo sprawiły te wszystkie elementy teatralne. Maski, makijaże, lalki… Tylko że tu znaleźliśmy się raczej bliżej piekła… Świetna kondycja wokalna Diamonda, znakomici instrumentaliści, pełne zaangażowanie, zero gwiazdorstwa – fantastyczny koncert i najprawdziwsze widowisko! Przewaga starszych kompozycji – „The Candle”, „Arrival”, „Halloween”, „Abigail”, „Eye of the Witch”, „Sleepless Nights” – ale też i dwie nowe, czyli „Spider Lilly” i „Masquerade of Madness”, do tego charakterystyczne intra – to wszystko złożyło się na doskonałe show jednego z moich muzycznych bohaterów. Prawdziwa legenda. To mówicie, że król jest tylko jeden? I macie rację!!! I niech już wreszcie pojawi się ta nowa płyta, bo jak długo można czekać!
JINJER. Legendą jeszcze nie są, ale z dumą i satysfakcją śledzę ich karierę od dłuższego czasu. Ukraińska grupa w tym roku promuje swoją nową płytę („Duel” to dla mnie jedna z ulubionych tegorocznych premier płytowych). Już kilka razy w różnych relacjach pisałem i o perfekcji wokalnej Tatiany, o rewelacyjnych instrumentalistach, wspominałem też i o tym, że praca i zaangażowanie przynoszą właściwe efekty. To wszystko cały czas jest prawdą i odzwierciedla stan rzeczywisty. Z wielkim zachwytem patrzyłem na wokalistkę zespołu, która prezentowała się fantastycznie, w jej scenicznym ruchu i żywiołowych gestach odnalazłem radość, a jest to jedna z najlepszych chwil na koncercie, gdy zauważamy, że artysta z przebywania na scenie czerpie prawdziwą przyjemność, energię i jednocześnie dzieli się tym wszystkim ze słuchaczem. Na kilka minut przed występem zespołu rozszalała się ulewa, do tego pioruny, grzmoty, ale na szczęście, w chwili, gdy na ekranach wyświetliła się nazwa formacji, pogoda się polepszyła i mogliśmy uczestniczyć w koncercie. Całość zabrzmiała potężnie, a nowe utwory doskonale wpisują się w szereg kompozycji, które często goszczą w koncertowym repertuarze grupy. Zdecydowanie jeden z najlepszych występów tegorocznej edycji MF.
EAGLES OF DEATH METAL & TURBONEGRO. Połączyły się ze sobą w jedną całość te dwa koncerty w mojej pamięci z kilku powodów. Pierwszy powód: wymienione zespoły grają zajebistego rock and rolla (ja wiem, że opisy gatunków są różne, ilość tych gatunków też, ale u mnie sprowadza się to do jednego)! Powód drugi: gdy Amerykanie skończyli na Main Stage swój występ (zagrali na zakończenie „Moonage Daydream” Bowiego), norweska formacja wystartowała ze swoim zestawem hitów na Park Stage. Powód trzeci: gdy Turbonegro grali ostatni przebój (mowa o „I Got Erection”), Jesse Hughes, wokalista Eagles Of Death Metal, był pod samą sceną i z uśmiechem obserwował końcowe fragmenty występu Turbonegro, później chłopakom zasalutował i ze śmiechem wypił piwo, w charakterystyczny sposób „podane” przez Happy-Toma, basistę Norwegów. Powód czwarty: na jednym i drugim koncercie bawiłem się jak nastolatek! Eagles of Death Metal słucha się wyjątkowo dobrze i równie dobrze się grupę ogląda. Jennie Vee (bas) i Leah Bluestein (perkusja) świetnie grają, kapitalnie się prezentują – więcej kobiet w świecie rocka! Nie tylko „Cherry Cola” porwała publiczność do tańca, ale też rozpoczynające właściwą część koncertu „I Only Want You” czy zagrane później „Secret Plans”. Warto wspomnieć, że grupa wchodziła na scenę przy dźwiękach piosenki „We Are Family” Sister Sledge, czym zjednała sobie sporą część słuchaczy. Na koncercie Turbonegro wylądowaliśmy z bardzo dobrym kumplem prawie pod samą sceną (pozdrowienia dla Adama za info, że da się tam wejść!). Po trzech zagranych numerach zacząłem się zastanawiać, dlaczego stoję z boku i spokojnie słucham, jak pewnie można się dopchać bliżej i dać porwać tej muzyce. I już właśnie z możliwie najbliższej odległości podziwiałem występ ekipy, której wokalista nosi ksywę The Duke of Nothing. „Get It On”, „All My Friends Are Dead”, „Fuck The World”, „Are You Ready (For Some Darkness)”, „Rendezvous With Anus” – przecież to był hit za hitem! Przyszedł też taki moment, gdy miejsce znalazłem sobie przy samych barierkach (tu dziękuję pięknym paniom, które stwierdziły, że raczej pomyliły sceny i postanowiły oddalić się chyba na sztukę Bullet For My Valentine). Uwielbiam bezkompromisowe poczucie humoru, dystans do samego siebie i autoironię, i to właśnie odnajduję w twórczości Turbonegro. To był świetny i bardzo żywiołowy występ!
IN FLAMES. Szwecja, melodyjny death metal i to, co z niego zostało. Jednych to odstrasza, drugich przyciąga. Szwedów widziałem w akcji drugi raz i reklamacji żadnych nie mam zamiaru wnosić. Od strony brzmieniowej lepiej być nie mogło, wizualnie też całość prezentowała się znakomicie. Setlista, owszem, mogła rozczarować, ale chyba tylko tych, którzy czekali wyłącznie na utwory z bardzo wczesnego katalogu grupy. Cóż, ja miałem uśmiech na gębie przez cały czas trwania koncertu In Flames. Taką samą radość czuję, gdy słyszę „Coerced Coexistence” z 1999 roku, czy pochodzący z wydanej dwa lata temu płyty „Foregone”, utwór „State of Slow Decay”. Zawodowo, bez technicznych wpadek, ale na luzie i z humorem poprowadzony koncert. Ci goście są zawodowcami, robią to od lat. Widać to w ich zachowaniu, sposobie gry, współpracy między sobą na scenie. Najważniejszy występ na Main Stage 5 czerwca należał do nich! I tak, znów przy „Only for the Weak” i „Pinball Map” zapomniałem o tym, że należy starzeć się z godnością!
SUICIDAL TENDENCIES. To dla nich uciekłem po jednym utworze z Beherit (bardzo dobrze zabrzmiał!) ze Shrine Stage, czego później trochę żałowałem, ale przyznaję, że średnio ekscytował mnie brak powietrza i widok sceny w połowie zasłonięty przez jeden z kilku filarów znajdujących się w pomieszczeniu. Z koncertem Suicidal mam pewien problem. Bo z jednej strony jestem tym występem rozczarowany, z drugiej uważam, że kilka elementów było zajebistych. Gdy całość rozpoczęła się od jednego z największych hitów zespołu, miałem nadzieję, że urwie mi głowę, wyskoczę z kapci, cokolwiek… Tymczasem „You Can’t Bring Me Down” zabrzmiało chaotycznie, słabo i odniosłem wrażenie, że numer jest grany ZDECYDOWANIE WOLNIEJ niż wersja studyjna. Następne numery, choć zagrane już w tempie raczej właściwym, nie poprawiły mojego nastroju, do tego sporo nawijki płynącej ze sceny… Ale już od „War Inside My Head” uznałem, że jest zdecydowanie lepiej, a wciągnięcie na scenę fanów (kilkunastu młodych ludzi, może ponad dwadzieścia osób) sprawiło, że numery „Possessed to Skate” i „I Saw Your Mommy” zyskały dodatkowego blasku. Tu była zabójcza energia, radość wykonawcy, radość fana szalejącego na scenie wspólnie ze swoim idolem i radość słuchacza stojącego dalej, ale jednocześnie widzącego, że kolejne pokolenie czuje te klimaty! Pytanie tylko, czy znalazł się ten niebieski Samsung, który wypadł jednemu z młodych szczęśliwców?
W.A.S.P. Pamiętam pierwszy występ grupy w naszym kraju. Ile wtedy było osób w warszawskiej Stodole? 300? 350? W Gdańsku zespół wystąpił przed dużym tłumem. Amerykanie zagrali w całości materiał ze swojego fonograficznego debiutu (album ukazał się w 1984 roku), w drugiej części koncertu dorzucili jeszcze kilka numerów, wśród nich znalazły się m.in. „Wild Child” i „Blind in Texas”, a wszystko zabrzmiało głośno, wyjątkowo czysto i wyraziście. I tu, sądząc po rozmowach, czy kilku komentarzach, wśród małej części publiczności narodził się pewien problem, a problem nazywa się: ile z tego było na żywo, a ile z taśmy? Faktem jest to, że sam Blackie Lawless w jednym z wywiadów przyznał się do używania tzw. backing tracks, tylko że wtedy miał na myśli kompozycje zdecydowanie bardziej rozbudowane, chórki, itp. Różne pomysły rodzą się w głowach słuchaczy i obserwatorów, a specjalnie wyłączony na czas występu zespołu telebim, dodatkowo sprawił, że takie opinie nie cichną. Bo można przypuszczać, że skoro lider formacji nie starzeje się najpiękniej, to być może nie chce, by wszyscy widzieli każdą zmarszczkę na jego twarzy (ponoć niektórzy artyści tak mają…), a może powód był zupełnie inny… Cóż, wolę się nad tym nie zastanawiać, tym bardziej, że wyraźnie słyszałem partie wokalne, które nie brzmiały identycznie, jak te, które znamy z płyty. A same piosenki, które znalazły się w setliście z pewnością stały się swoistym wehikułem czasu i spowodowały u fanów szybsze bicie serca, a w pamięci pojawiły się dawne wspomnienia… Dla mnie „Sleeping (In the Fire)” to nadal jedna z najlepszych piosenek wszech czasów.
VADER. Polska legenda death metalu, w składzie znów z Mauserem, wytoczyła bardzo ciężkie działa! Wszystko za sprawą albumu „Litany”, który w tym roku obchodzi 25 rocznicę ukazania się. Cały program wspomnianej płyty był jednym wielkim pokazem siły, brutalności, szybkości i ciężaru. Nowy perkusista to prawdziwa bestia! Jeśli na Mystic Festival było głośno, to w tym przypadku było bardzo głośno! Z precyzją, pewnością siebie i pasją Piotr Wiwczarek poprowadził do boju swoją drużynę, a mając w niej takich zuchów mógł liczyć tylko na zwycięstwo. Przemoczona padającym nieustannie deszczem publiczność również udowodniła swoją wiarę w zespół, który od lat jest jednym z najważniejszych w sztuce death metalu. Od pierwszych dźwięków „Wings” do kończącego podstawową część koncertu „The Final Massacre” byliśmy świadkami występu, który śmiało można uznać za jeden z najważniejszych w tegorocznej edycji festiwalu. Część druga to m.in. utwory„This is the War”, „Carnal” i „Dark Age”. Vader jest w doskonałej formie i pozostaje wierzyć, że jeszcze długo będą trzymać tak wysoki poziom. Niesamowicie intensywny koncert!
BLOOD FIRE DEATH – A TRIBUTE TO QUORTHON AND THE MUSIC OF BATHORY. Nie sądziłem, że jestem aż tak bardzo emocjonalnie związany z twórczością Quorthona, ale im bardziej zbliżała się godzina rozpoczęcia koncertu, tym bardziej o tym wydarzeniu myślałem. W sumie na 25 minut przed występem znalazłem sobie możliwie najlepsze miejsce, gdzieś tam w tle grał Pentagram, napisałem do przyjaciela, że mam niezłą miejscówkę i żeby jak najszybciej dołączył, i czekałem modląc się do Odyna i Thora, żeby nie stanął przede mną jakiś dwumetrowy olbrzym… Modlitwy zostały wysłuchane częściowo, bo olbrzym się pojawił, ale stał tak, żeby nie zasłaniać. Wiecie, problemy gościa, który ma 166,6 cm wzrostu. Ale na poważnie! To był wyjątkowy koncert, choć można wskazać kilka błędów, ale nie mam zamiaru tego robić, bo emocje były tu najważniejsze. Po raz pierwszy w życiu usłyszałem na żywo TE utwory! Miałem świadomość, że na scenie gra jeden z tych zespołów, o których mówi się tribute band (warto wspomnieć, że w składzie gościnnie pojawił się oryginalny basista Bathory– Frederick Melander), ale perfekcyjne rozpoczęcie całości w postaci „A Fine Day to Die” (usłyszeć po zmroku to charakterystyczne intro!!!) sprawiło, że na 70 minut NAPRAWDĘ zapomniałem o całym świecie. I zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkim pasowały damskie chóry, że najlepiej prezentowały się utwory z płyt „Bathory”, „The Return……” i „Under the Sign of the Black Mark”, ale z wdzięcznością przyjmowałem wszystkie kompozycje, które znalazły się w programie koncertu. Oprócz podstawowego składu muzyków (ludzie związani z Watain, Enslaved, Djevel, Emperor, Mayhem, Aura Noir) na scenie pojawili się również goście specjalni, mowa m.in. o Nergalu, który zaśpiewał w „Raise the Dead”, świetnie sprawdził się też Attila Csihar w „Born for Burning”. Niżej podpisany z największą przyjemnością zmasakrował sobie struny głosowe przy „Woman of Dark Desires” i „The Return of Darkness and Evil”. Całość miała w sobie niesamowity, mroczny klimat i jednocześnie utwierdziła nas w przekonaniu, że Quorthon Seth był świetnym kompozytorem i pozostawił po sobie wspaniałe dziedzictwo. Czy tak wyglądałyby koncerty Bathory? Na to pytanie ciężko odpowiedzieć, ale z pewnością był to jeden z najważniejszych występów Mystic Festival 2025!
SEPULTURA. Ja nie z tych, którzy mają zamiar narzekać, ale jednocześnie przyznaję, że ubiegłoroczny koncert w Spodku zachwycił mnie odrobinę mocniej. Może i nie było wielkiej różnicy (małe zmiany w setliście), ale tu już jednak zaczęło działać na człowieka zmęczenie. Pamiętajcie, że niżej podpisany nie jest już młokosem! Brazylijska formacja była główną gwiazdą Main Stage w ostatnim dniu festiwalu. Teren imprezy opuszczałem, gdy ekipa Andreasa Kissera (to jest jednak mocno niedoceniony muzyk!) rozpoczynała „Roots Bloody Roots”. To chyba był ostatni numer zagrany przez grupę, nie wiem, jak wyglądało zakończenie, czy panowie wygłosili jakieś łzawe pożegnanie, ale jeśli nie, to odniosłem podobne wrażenie, jak w ubiegłym roku, że mam do czynienia z koncertem zespołu, który w ogóle nie żegna się z fanami, tylko takim, który nadal świętuje swoje czterdziestolecie. Czy ten występ był ostatnim polskim rozdziałem biografii legendarnej formacji? Wiecie, jak jest z tymi pożegnaniami i ostatnimi trasami… Prawda jest jednak taka, że od dłuższego czasu patrzę bardziej przyjaznym okiem na obecną Sepulturę, nie mam zamiaru wyżywać się na Derricku, a w poprzednim wokaliście grupy nie doszukuję się zbawiciela. W Gdańsku grupa sięgała po utwory klasyczne – „Inner Self”, „Beneath the Remains”, „Escape to the Void”; nie zabrakło też kompozycji, które zostały nagrane w ostatnich 27 latach, czyli z Greenem za mikrofonem – „Agony of Defeat”, „Choke”, „Phantom Self”… Cóż, nie mogło być inaczej.
Gdybym miał opisać dokładnie wszystkie występy, których byłem świadkiem w Gdańsku, pewnie przestalibyście czytać w połowie, dlatego teraz zdecydowanie bardziej pójdziemy na skróty i wspomnę jeszcze, że: EXODUS – to najprawdziwsza energia i brutalność perfekcyjnie zagranego thrash metalu. Wystąpili z nowym-starym wokalistą na pokładzie, który doskonale czuje się na scenie. Rob Dukes rządzi! Formacja pokazała wielką klasę i siłę w fantastycznym zestawie utworów, wśród których znalazły się m.in. takie kompozycje: „Fabulous Distaster”, „Toxic Waltz”, „Piranha”, „Prescribing Horror”, „Blacklist”, „War is My Shepherd”, „A Lesson in Violence”… Zmęczone gwiazdy thrashu? W życiu! Tytuł jednego z najbardziej krytykowanych występów tegorocznej edycji MF należy do norweskiej formacji THE KOVENANT. Czy było rzeczywiście aż tak źle? Ja wiem, że ten prawie cały symfoniczny black metal (metal gotycki też!) należy zamknąć w szafie na klucz i nigdy nie wypuszczać, ale muszę przyznać, że nieźle się na tym koncercie bawiłem. Jak ktoś powiedział: „koncert okropny, bawiłem się wspaniale!”. Głównym daniem występu Norwegów była płyta „Nexus Polaris”, która po ponad 25 latach może nie robi już wrażenia aż tak wybitnego dzieła, ale słucha się tej muzyki dobrze, a na żywo, gdy człowiek nie patrzy na wszystko profesorskim okiem, nie liczy każdej pomyłki, nie śmieje się z każdego makijażu, to można przy tych dźwiękach trochę poszaleć w okolicach sceny. Dobry drink też w tym pomaga! Fakt, początek koncertu był gorszy, ale z każdym kolejnym numerem było lepiej. Największe emocje wzbudził we mnie występ JERRY’EGO CANTRELLA, który z ochotą grał i sięgał po utwory nie tylko z płyt podpisanych własnym nazwiskiem, ale znalazło się też coś dla zwolenników repertuaru klasycznego okresu Alice in Chains („Them Bones”, „Would?”, „Rooster”). Mając w składzie Grega Puciato (The Dillinger Escape Plan) i zestaw świetnych numerów nie można zagrać złego koncertu! Warm Up Day również był dniem częściowo deszczowym, więc nikogo nie zdziwił fakt, że WHITECHAPEL zagrali w strugach ulewnego deszczu. Ale zagrali tak, że można to opisać słowami: zasianie potwornego zniszczenia. Park Stage kipiała od perfekcji wykonawczej, wściekłości i brutalności. Ostatnia płyta zespołu to idealny deathcore, którym na żywo grupa łamie słuchaczom kości i nie pozostawia wątpliwości, kto nosi numer six six six. I mają w składzie fantastycznego perkusistę! Będąc w Gdańsku utwierdziłem się też w przekonaniu, że MIDNIGHT to bardzo dobry band, choć dyskografię znam średnio, ale na żywo to jest prawdziwa kosa! Thrash, speed, black, punk i przebojowość prostych numerów to sprawdzony przepis na to, by zagrać żywiołowy, metalowy koncert. „Nuclear Savior”, „Expect Total Hell”, „F.O.A.L.” plus kilka innych piosenek rozruszało każdego umarlaka.
Jeszcze chciałem dodać, że BAD TOUCH grają niezłego hard rocka, ale brak w nim wielkich refrenów, więc pewnie gwiazdami nie zostaną. LANDMVRKS to muzyka zdecydowanie dla młodzieży (nagłośnienie perkusji sprawiło, że moje serce wylądowało w okolicach nerek, nerki powędrowały do płuc, płuca na miejsce wątroby…). DARK TRANQUILLITY pozostawili po sobie same pozytywne wrażenia (i wtedy znów zaczął padać deszcz), SKELETAL REMAINS nie planowałem, ale wysłuchałem i obejrzałem, bo raz na jakiś czas należy zatopić się w śmiercionośnym podziemiu, do EMPLOYED TO SERVE już nie powrócę, GREEN LUNG zabrzmieli zawodowo i upichcili bardzo smaczny zestaw klasycznie brzmiących piosenek. OPETH słuchałem i oglądałem ze znacznej odległości, ale to nadal zespół, do którego nie sposób się przyczepić (mają fantastycznego konferansjera na pokładzie!), na ARTHURA BROWNA wpadłem tylko na chwilę, już po „Fire”, i bardzo żałuję, że częściowo ten koncert pokrywał się z show KRÓLA, KTÓRY JEST TYLKO JEDEN! ABSU wolę z płyt, choć koncert na pewno mógł się podobać, ELDER buczał i huczał, ale porwał do machania łbem, ALCEST to prawdziwa elegancja, Kanadyjczycy z DOPETHRONE pokazali na czym polega potęga riffu, a RICKSHAW BILLIE’S BURGER PATROL udowodnili, że można być jednocześnie poważnym i zabawnym.
Nie widziałem żadnego koncertu na Sabbath Stage. Bardzo się cieszę z tego, że Desert Stage mieści się obecnie w innym miejscu.
Znów nie obejrzałem wszystkich koncertów, co do niektórych plany zweryfikowała pogoda, zmęczenie, najzwyklejsza chęć złapania chwili oddechu, zamienienia kilku słów ze znajomymi, sięgnięcia po festiwalowe jedzenie. Nie widziałem w akcji NILE (za to zapamiętałem Karla Sandersa, który z gracją omijał kałuże…), odpuściłem ORANSSI PAZUZU, TIAMAT, THE BUG, EYEHATEGOD, I AM MORBID i wielu innych, ale cztery dni spędzone w Gdańsku uważam za wyjątkowo udane, a Mystic Festival nadal jest moją ulubioną imprezą muzyczną.
Dziękuję i pozdrawiam całą ekipę znajomych, ściskam Przyjaciół, z którymi wybrałem się do Gdańska, kłaniam się Organizatorom – dziękuję i trzymam kciuki za kolejną edycję, pozdrawiamy Beatę i dziękuję za to, jak wspaniale opiekujesz się ludźmi, którzy słowem i zdjęciami upamiętniają te wspaniałe chwile.
Do zobaczenia za rok!
Mystic Festival 2026
3-6 czerwca 2026
Tekst: Piotr Bałajan
Zdjęcia: Marcin Fiń







































































